Los kamyka zwyczajnego
W pewien harmonijny dzień, chwilę po świcie, dwóch turystów wyruszyło na przechadzkę po Ojcowskim Parku Narodowym. Byli to Pat i Klemens. Ten pierwszy był tutaj, ponieważ cenił sobie spędzanie czasu ze swoim najlepszym przyjacielem, natomiast ten drugi uwielbiał chodzenie po górach. Z racji, że Klemens lubił łączyć przyjemności z przyjemnościami, aby uzyskać jeszcze większą przyjemność, to targał ze sobą Pata na wszystkie swoje wycieczki. Nie wiedział on jednak, że Pat zgadzał się tylko dlatego, że mógł spędzić czas z nim, a sam nienawidził wycieczek górskich.
Kiedy przebyli już prawie połowę drogi, napotkali rozwidlenie, które dzieliło się na trzy drogi – dwa mniejsze i jedną większą. Musieli w tamtym momencie podjąć decyzję odnośnie dalszego losu ich wędrówki.
– Którą drogą idziemy dalej? – zapytał Pat.
– Myślę, że tą środkową, czyli tam, gdzie prowadzi szlak. – odpowiedział Klemens.
– A ja bym poszedł inną, na przykład tą lewą. Nie zawsze musimy podążać tą ścieżką, co wszyscy. Jesteś zbyt dostosowany do innych i nie potrafisz innowacyjnie podążać życiem. Musisz być bardziej asertywny wobec losu, kiedy każe ci iść tak, jak każdy, tak, jak on to zaplanował.
– To ja proponuję, że ty pójdziesz za przygodą, odłączysz się i poharatasz sobie dłonie przeciskając się przez ten gęsty busz, a ja pójdę główną ścieżką, gdzie mam zagwarantowane najlepsze widoki. Poza tym odłączanie się od głównej trasy i chodzenie po udeptanych przez innych ludzi takich jak ty szlakach jest zakazane w parkach narodowych.
I w ten sposób Pat oraz Klemens rozłączyli się. Jeden podążał ścieżką, która została ustanowiona przez innych, drugi ścieżką “buntowników”.
Czas mijał, a pomimo, że wyruszyli niedługo po świcie, to już słońce zaczęło zachodzić. Oboje w głowach odczuwali smutek. Z jednej strony Klemens cieszył się widokami i piękną ścieżką dobraną przez innych, z drugiej strony nie miał ze sobą przyjaciela, który dawał mu ogromną przyjemność swoim towarzystwem. Pat również miał ambiwalentne myśli. Cieszył się, że mógł odkrywać inne miejsca, według niego równie piękne jak te, które zostały wybrane do zwiedzania dla turystów, jednak czuł się melancholijnie, ponieważ jego celem nie było zwiedzanie, a spędzanie czasu z przyjacielem. Żałował również wytknięcia Klemensowi tego, że jest mało asertywny wobec swojego losu, kiedy sam nie był na tyle asertywny, żeby odmówić swojemu kamratowi chodzenia na wycieczki górskie, których tak naprawdę nie lubi. Pat szedł w złości, kopiąc kamyk. Nie myślał o nim za dużo, tylko go kopał. Po kilkunastu metrach snucia się, wziął go w rękę z zamiarem rzucenia go w dal. Jednak zanim go rzucił, zatrzymał się na chwilę wtapiając w niego wzrok. “Jest to taki zwyczajny kamyk jak każdy inny, ale coś w sobie ma. Taką super zwyczajność.” – pomyślał. “Kamyk jest stworzeniem doskonałym, bo nie musi się niczym zamartwiać. Jest wypełniony kamiennym sensem, ale…” – nie dokończywszy myśli, rzucił go wysoko w głąb lasu, na prawo od ścieżki. Pat miał w sobie dużo emocji i stał na wzniesieniu, przez co kamyk poleciał daleko. Miał wrażenie, że dalej niż niejedni skoczkowie narciarscy. Nie myśląc o tym długo poszedł dalej.
Klemens w tym czasie szedł główną drogą. Robiło się coraz ciemniej i zastanawiał się, co słychać u jego przyjaciela. Obawiał się czy nie zostanie on pogryziony przez jakieś leśne owady. Nie był pewien czy Pata ścieżka zaprowadzi go do tego samego miejsca, ale wiedział, że ma mądrego kolegę i w razie potrzeby zawróci w celu naprostowania się na odpowiednią drogę. Po chwilach namysłu nad losem przyjaciela, wracał do zachwycania się widokami parku narodowego. Przechodził obok wyśmienitych róż alpejskich, mijał kapitalne brzozy ojcowskie i zachwycał się całym dziedzictwem przyrody Ojcowskiego Parku Narodowego. Idąc w euforii, niespodziewanie usłyszał szelest w krzakach. Nie widział co się tam kryło, ponieważ było już prawie całkowicie ciemno.
– Kto tam jest? – wykrzyknął Klemens. Z krzaków nie było odpowiedzi, nawet kiedy powtórzył pytanie za drugim razem. W jego głowie był tylko jeden scenariusz – niedźwiedź. Nagle krzaki gwałtownie się ruszyły więc on w ramach samoobrony chwycił to, co było najbliżej niego, czyli leżący na ziemi kamyk i chciał rzucić nim w krzaki, ale miał chwilę zawahania. Nie była ona spowodowana strachem przed tym co czeka w krzakach, ale tym czy powinien rzucać, tym jaki ten kamyk jest zwyczajny oraz tym jaki ma zapach, który niczego nie przypomina. Czuł wtedy takie dziwne uczucie ciężkości. Przez jego głowę przeszło w tej sekundzie dużo zróżnicowanych myśli, ale w końcu zdecydował się na rzut.
– Ała! – głos wykrzyczał z krzaków.
W tej chwili Klemens podbiegł tam prędko, ale nie ujrzał tam oczekiwanego niedźwiedzia. Ujrzał człowieka krwawiącego z czoła. Był w takim szoku, że dopiero po chwili był w stanie wykrzyczeć:
– Pat!
– Coś ty zrobił, dlaczego tyś rzucił we mnie tym kamieniem, tym… zwyczajnym kamieniem! Ja znam ten kamień. Ja go rzuciłem tu! To moja wina! To moja wina! – odpowiedział mu jego przyjaciel
– To nie twoja wina, to moja. Chciałem odstraszyć niedźwiedzia. Czułem ciężki wyrzut, kiedy trzymałem go w dłoni. Nie powinienem był nim rzucić.
– Oj, Klemens, w tym parku narodowym nie ma niedźwiedzi!
– Nie jest to teraz ważne. Musimy wezwać pomoc, bo rana wygląda na nie najmniejszą. Masz szczęście, że mam ze sobą zestaw do udzielania pierwszej pomocy.
Spędzili cały wieczór aż do rana na SOR-ze, ale udało im się wybrnąć z tej sytuacji cało. Nauczyło ich to jednak czegoś nowego. Niezależnie od tego jaką ścieżkę wybiorą w życiu – tę co większość, tę innowacyjną, czy jeszcze inną, trzecią – zawsze będzie równało się to z jakimiś pozytywami i negatywami, ale szansa na spotkanie jakiejś okazji jest niezależna od tego. Kamień został dla nich symbolem decyzji, którą jedni odrzucają, drudzy ratują nią swoje życie, ale gdyby inni jej, zwyczajnej, na pozór nic nieznaczącej nie odrzucili, to dla innych nie mogłaby być jedynym, ale czasem tylko pozornym, wyjściem.
Autor: M.Drozd

