Opowiadanie o polnym kamyku
Od kiedy tu leżę, naprawdę nie wiem. Chyba od zawsze, cały czas w tym samy miejscu. Wciśnięty pomiędzy dwa duże kamienie, przy polnej drodze, którą do tej pory jeździły tylko traktory uprawiające okoliczne pola. One zaraz znikały z mojego pola widzenia, słychać było tylko ich głośne warczenie z oddali.
Tak upływały mi dni, małemu kamykowi, który nie musiał martwić się porami roku, deszczem, słońcem, zimnem czy upałem. Czułem się doskonale, wiedziałem, że będę tak trwać wiecznie, tu, gdzie jestem. Nie jak ci ludzie, którzy orają swoje pola, ptaki, które czasami obok mnie przelatują czy mrówki drepczące ścieżką wokół mnie. Jestem poza przemijającym czasem.
Pewnego razu, polną drogą, przy której leżałem, w piękny słoneczny dzień, przejechała na rowerze kobieta i mężczyzna. Oboje roześmiani, szczęśliwi wręcz zadowoleni z życia. Pomyślałem, że to na pewno jednorazowy zryw, ludzie tak mają, zaraz pewnie znudzi im się spędzanie czasu razem. Poczułem nawet pewną wyższość nad nimi, my kamienie nie potrzebujemy towarzystwa. Jakie było moje zdziwienie, gdy tą samą drogą przyjechali znowu kolejnego dnia i kolejnego, i kolejnego… Raz nawet zatrzymali się obok mnie, nie zauważając mnie oczywiście.
– Pięknie kwitnie ten rzepak – powiedziała kobieta.
– Tak, maj, najpiękniejsza pora roku – odpowiedział jej mężczyzna z uśmiechem.
– Zobacz jaki świat jest piękny wokół nas, czuć wiosnę w powietrzu, ptaki ćwierkają, pszczoły pracują – kontynuuje kobieta.
– Cieszmy się pogodą i tym, że mamy siebie – rzekł jej na to mężczyzna.
Pojechali dalej.
Nagle poczułem się nieswojo. Trochę jakby zazdrosny, że ludzie mogą się przemieszczać, oglądać świat, którym tak się przed chwilą zachwycali. Owszem, widzę ten rzepak oraz zmieniające się pory roku, słyszę latające owady, ale w sumie to wszystko.
Tak minęła wiosna, za nią lato, jesień, zima, rok, dwa i kolejne lata. Ta sama kobieta i mężczyzna przejeżdżali obok mnie rowerami dość regularnie, czasami nawet się zatrzymywali. Nadal razem. Jedyne co się zmieniało, to ich wygląd, widać było, że czas robi swoje, ich twarze pokrywało coraz więcej zmarszczek. Aż pewnego dnia kobieta przyjechała sama, była smutna. Na pewno czas zabrał mężczyznę, pomyślałem.
Wtedy zrozumiałem, jak jestem doskonały. Niby zwykły kamień, taki niepozorny. A jednocześnie potężny, samowystarczalny. Może ludzie widzą w nas tylko nieożywioną materię, może nawet nie do końca nas zauważają. Jednak to my, kamienie, jesteśmy ponad nimi. Nie potrzeba nam drugiej istoty, nie przywiązujemy się do nikogo, nie dajemy się oswoić, jak te psy, które czasem biegały w polu za rolnikami. Ząb czasu jest dla nas niegroźny. Zadowolony z bycia kamieniem, a nie żywym stworzeniem, którym wiecznie targają jakieś emocje, leżę sobie nadal wśród pól przy drodze.
Autor: Aleksandra Romaniak
