Kamyk

Leżał na skraju ścieżki, tam gdzie las urywał się nagle i zaczynało się pole. Nie wyróżniał się niczym szczególnym: był mały, szarawy, o powierzchni gładkiej tylko z jednej strony. Ludzie przechodzili obok niego każdego dnia — spiesząc się do pracy, na autobus, do domu — i żaden z nich nie zatrzymał na nim wzroku dłużej niż na ułamek sekundy. A jednak kamyk trwał.

Nie pamiętał początku. Nie wiedział, czym jest czas. Słońce wschodziło i zachodziło, deszcz spływał po jego chłodnym boku, zimą przykrywał go śnieg, który najpierw lekko łaskotał, a potem przygniatał ciężarem. Wiosną ziemia miękła i kamyk zapadał się odrobinę głębiej, zupełnie jakby świat próbował go wchłonąć. Ale on nie należał ani do ziemi, ani do powietrza. Był sobą — zamknięty, pełny i milczący.

Czasem przysiadał przy nim chłopiec. Miał może dziesięć lat i oczy, które nie ślizgały się po powierzchni rzeczy, lecz wnikały w nie, jakby chciały dotrzeć do ich środka. Podnosił kamyk, obracał go w palcach, przykładał do ucha, jakby spodziewał się usłyszeć szum morza. Ale kamyk nie szumiał. Nie opowiadał historii. Nie zdradzał, czy był kiedyś częścią większej skały, czy przyniosła go rzeka. Nie odpowiadał na pytania, bo nie znał pytań.

— Jesteś twardy — powiedział kiedyś chłopiec, stukając nim o inny kamień. — I zimny.

Kamyk nie poczuł się ani dotknięty, ani pochwalony. Twardość była jego naturą, a chłód — jedynie sposobem istnienia. Nie pragnął ciepła dłoni ani zmiany. Każda rola — ozdoby, talizmanu, części muru — oznaczałaby przekształcenie, a przekształcenie było czymś obcym jego istocie.

Pewnego dnia chłopiec włożył kamyk do kieszeni. Nagle przestał widzieć niebo i drzewa. Otoczyła go ciemność przesiąknięta zapachem kurzu i ciepłem ciała. Poruszał się w takt kroków, obijając się lekko o szew materiału. Gdy chłopiec biegł, kamyk uderzał mocniej; gdy siadał — zapadał w bezruch. Nie protestował, lecz nie przyjął tej sytuacji jako swojej. Pozostał sobą, nawet jeśli wszystko wokół uległo zmianie.

W domu chłopiec wysypał zawartość kieszeni na biurko. Obok okruszków i zgiętej kartki potoczył się kamyk. Zatrzymał się przy brzegu blatu. Z tej wysokości widział pokój: półkę z książkami, okno, przez które wpadało popołudniowe światło, krzesło z narzuconą koszulą.

— Zastanawiam się, kim byłeś — powiedział cicho chłopiec. — I czy coś pamiętasz.

Kamyk milczał. Nie dlatego, że nie chciał odpowiedzieć, lecz dlatego, że pytanie nie miało dla niego znaczenia. Nie był „kimś” i nie był „kiedyś.” Był jedynie tym, czym jest — skupioną obecnością, bez wnętrza, które można by odsłonić.

Chłopiec jeszcze przez chwilę obracał go w palcach, a potem odłożył na parapet. Za oknem zapadał zmierzch, a wąski pas światła powoli gasł.

Kamyk leżał nieruchomo. Nie tęsknił za ścieżką ani za kieszenią. Nie oczekiwał jutra. Był — i to wystarczało.


Autor: Aleksandra Duda