Kamienna lekcja
Siedziałam na brzegu rzeki, w miejscu, gdzie nurt zwalniał, a woda stawała się niemal przezroczysta. Dno rzeki było usłane drobnymi kamykami i gładkimi otoczakami, a w miejscach, gdzie woda była płytsza, można było dostrzec korzenie powalonych drzew. Moje dłonie bezmyślnie błądziły po wilgotnym piasku, aż palce natrafiły na coś twardego i gładkiego. Wyciągnęłam go na powierzchnię. Był to zwyczajny, szary kamyk, wielkością idealnie pasujący do zagłębienia mojej dłoni. Jego powierzchnia była lekko chropowata, ale jednocześnie przyjemnie gładka w dotyku, jakby przez wieki była polerowana przez wodę i piasek.
W pierwszej chwili chciałam nim po prostu rzucić w stronę tafli wody, by sprawdzić, ile „kaczek” uda mi się puścić tym razem. Wyobraziłam sobie, jak kamyk odbija się od powierzchni, tworząc małe kręgi, które rozchodzą się na wszystkie strony. Coś mnie jednak powstrzymało. Przypomniałam sobie słowa, które czytałam niedawno w jednym z tomików poezji – o tym, że kamyk jest stworzeniem doskonałym. Zaczęłam mu się przyglądać z uwagą, jakiej nigdy wcześniej nie poświęciłam żadnemu przedmiotowi martwemu. Jego szara barwa była subtelnie zróżnicowana, z delikatnymi żyłkami jaśniejszego i ciemniejszego odcienia, które tworzyły na jego powierzchni unikalny wzór.
Był chłodny. Ten chłód wydawał mi się niezwykle uczciwy, wręcz szlachetny. Kamyk nie próbował się przypodobać, nie zmieniał kształtu pod wpływem mojego dotyku. Był „równy samemu sobie”. Czułam, jak ciepło mojej dłoni powoli przenika jego powierzchnię, ale miałam wrażenie, że to ciepło jest intruzem. Herbert pisał o „fałszywym cieple” i nagle zrozumiałam, co miał na myśli. Moja temperatura była zmienna, zależna od emocji, od pogody, od zdrowia. Kamyk natomiast trwał w swoim kamiennym sensie, niewzruszony i obojętny na moje ludzkie rozterki. Jego wewnętrzna temperatura była stała, niezmienna, odporna na zewnętrzne wpływy.
Zaczęłam się zastanawiać, co widzi ten mały przedmiot. Leżał tu pewnie dziesiątki, a może setki lat. Widział powodzie, susze, pokolenia ludzi przechodzących obok. Widział zmieniające się pory roku, słońce wschodzące i zachodzące nad horyzontem, gwiazdy migoczące na nocnym niebie. My, ludzie, wiecznie czegoś pragniemy, wiecznie się boimy, zmieniamy zdanie i nastroje. Kamyk po prostu był. Nie musiał niczego udowadniać. Jego granice były jasne i nienaruszalne. Nie kłamał, nie udawał kogoś innego. Jego forma była ostateczna, niezmienna od momentu, gdy uformowała go natura.
Poczułam dziwny rodzaj wstydu, niemalże wyrzuty sumienia. Trzymałam w ręku coś tak czystego w swojej egzystencji, a jednocześnie próbowałam nadać mu ludzkie cechy, oswoić go swoją obecnością. Ale kamyki nie dają się oswoić. Choć ogrzałam go na chwilę, wiedziałam, że gdy tylko go odłożę, natychmiast powróci do swojego naturalnego chłodu. Nie potrzebował mnie do szczęścia, bo pojęcie szczęścia było mu obce – on po prostu istniał w sposób absolutny. Jego istnienie nie zależało od zewnętrznych czynników, było samowystarczalne.
Podniosłam wzrok na horyzont. Świat wydawał się nagle bardzo skomplikowany i głośny. Wszędzie wokół widziałam chaos: szum drzew poruszanych przez wiatr, krzyk ptaków nawołujących się nawzajem, daleki warkot samochodów dobiegający z oddali. Wszystko było w ciągłym ruchu, w procesie stawania się i przemijania. A w mojej dłoni spoczywał punkt stały. Mały, szary wszechświat, który nie potrzebował zapachu, by przyciągać, ani ruchu, by żyć. Jego obecność była cicha, ale potężna.
„Oko spokojne, bardzo jasne” – pomyślałam, patrząc na gładką powierzchnię minerału. Miałam wrażenie, że ten kamyk rzeczywiście na mnie patrzy. Nie oceniał mnie, nie krytykował, ale jego milcząca obecność była najbardziej surową lekcją pokory, jaką kiedykolwiek otrzymałam. Przypominał mi o mojej własnej kruchości i o tym, jak bardzo jesteśmy uwięzieni w naszych emocjach i pragnieniach. Jego niezmienność kontrastowała z moją zmiennością, podkreślając ulotność ludzkiego życia.
Wstałam i powoli podeszłam do krawędzi wody. Nie rzuciłam nim z siłą. Delikatnie położyłam go z powrotem tam, skąd go wzięłam – między inne kamienie, w wilgotny piasek. Obserwowałam, jak woda obmywa jego boki, przywracając mu jego naturalny stan. Małe fale delikatnie muskały jego powierzchnię, jakby go całując.
Odeszłam stamtąd bogatsza o tę dziwną świadomość. Wiedziałam, że jutro znów będę się spieszyć, denerwować i gonić za nieuchwytnymi celami. Ale gdzieś tam, nad brzegiem rzeki, zostanie on – doskonały, wypełniony sensem, pilnujący swoich granic. I choć nigdy go nie oswoję, sam fakt jego istnienia dawał mi dziwny rodzaj spokoju. Świat, w którym istnieje coś tak niezmiennego jak kamyk, wydawał się odrobinę bardziej uporządkowany. Jego obecność była cichym przypomnieniem o istnieniu porządku w chaosie, o trwałości w przemijaniu.
Autor: Pola Tarkowska

