Zakon Ciszy

Zanim stała się liderem sekty, Neja była po prostu zwyczajnym człowiekiem pod standardy społeczeństwa. Pamiętała świat jako miejsce pełne ostrych krawędzi, gdzie cudze emocje uderzały w nią jak odłamki szkła. Każdy wybuch śmiechu na ulicy, każda kłótnia za ścianą, każdy spazmatyczny szloch porzuconej przyjaciółki – wszystko to uderzało w nią  zbyt mocno. Czuła się jak naczynie, do którego wszyscy wlewają wrzątek, aż w końcu jej własne ściany zaczęły pękać.

Natchnienie przyszło w najcichszym momencie jej życia, na dnie głębokiej depresji, gdy uciekła z miasta do ruiny opuszczonego kamieniołomu. Siedziała tam godzinami, patrząc na szare ledwo trzymające się ściany z kamieni. Olśnienie było nagłe i chłodne. Zrozumiała, że kamień jest istotą doskonałą. Nie musi prosić o miłość, nie musi tłumaczyć się z gniewu, nie podlega przypływom endorfin ani spadkom serotoniny. Jest „równy samemu sobie”. Wypełniony dokładnie własnym sensem.

Wtedy, w tamtym pyle, narodziła się Neja, jaką świat miał poznać później. Postanowiła, że w końcu odczuje spokój. Postanowiła, że stanie się bezpieczną przystanią dla wszystkich, którzy – tak jak ona kiedyś – topili się w nadmiarze empatii i emocji. Tak powstał Zakon Nieporuszonych.

 

       Budowa sekty nie wymagała krzyku ani pośpiechu. Neja zaczęła od małych grup wsparcia dla osób z „emocjonalnym wyczerpaniem”. Mówiła im to, co sami chcieli usłyszeć: że emocje to ewolucyjny błąd, przeżytek, który czyni nas niewolnikami własnych serc.

– Spójrzcie na kamyk – mówiła podczas pierwszych spotkań, trzymając go w dłoni.

 – Jego zapał i chłód są słuszne i pełne godności. On niczego nie płoszy. On po prostu istnieje i nic go nie obchodzi.

Ludzie garnęli się do niej masowo. Bogaci biznesmeni wypaleni stresem, matki po stratach, których nie potrafiły udźwignieć, artyści niszczeni przez własną wrażliwość. Neja obiecywała im „wybawienie” – całkowite wygaszenie układu limbicznego poprzez rygor, ciszę i medytację nad nieożywioną materią.

Z czasem grupa przeniosła się do surowego, betonowego kompleksu w górach. Neja zmieniła swój wygląd, by stać się żywym symbolem swojej filozofii. Jej brązowe włosy do ramion stały się sztywne i nieruchome, a długie szaty zaczęły maskować fakt, że pod spodem wciąż bije ludzkie serce. Najtrudniej było z oczami. Musiała nauczyć się patrzeć „przez” ludzi, a nie „na” nich, dopóki jej spojrzenie nie stało się puste i jasne.  wszystko się zmienia w  trzecim roku istnienia Zakonu. Do sekty zostaje doprowadzona siłą młoda dziewczyna, Klara. Została tu oddana przez rodziców, którzy nie radzili sobie z jej „napadami histerii” – w rzeczywistości była to po prostu żałoba po kimś bliskim.

Neja siedziała w głównym salonie zakonu, gdy wprowadzono Klarę. Dziewczyna krzyczała, pluła, próbowała szarpać swoje ubranie. Była ucieleśnieniem wszystkiego, czym Neja gardziła i czego się bała w swoim dawnym życiu.

– Uciszcie ją – rzuciła Neja ze stoickim spokojem.

– Nie możesz mi tego zrobić! – wrzasnęła Klara, padając na kolana przed Neją. – Jesteś człowiekiem! Masz krew w żyłach, nie lód!

Neja powoli wstała. Jej ciężkie szaty szeleściły o kamienną posadzkę z niemal nieludzką powagą. Podeszła do dziewczyny i położyła dłoń na jej mokrym od łez policzku. To było to: „fałszywe ciepło”. Neja czuła, jak gorączka Klary próbuje „oswoić” jej dłoń, jak desperacko ta dziewczyna szuka w niej matki, siostry, kogokolwiek żywego.

W głowie Nei pojawił się „ciężki wyrzut”. Przez sekundę poczuła obrzydzenie do samej siebie – nie za to, że więzi tych ludzi, ale za to, że wciąż potrafi poczuć puls pod swoimi palcami. Czuła wyrzut, że jej ciało zdradza ideę nienaruszonego umysłu i serca.

– Tu nie ma człowieka – szepnęła Neja, patrząc na Klarę swoimi pustymi oczami. – Tu jest tylko granica. Ty jesteś po stronie nierozgarniętych emocji i chaosu. Ja jestem po stronie porządku i ciszy.

 

     Metody w zakonie były skuteczne, lecz nieprzystosowane do ludzkiej rasy. Przez kolejne tygodnie Klara była zmuszana do siedzenia w ciemni z jednym tylko kamieniem w dłoniach. Miała stać się jak on. Miała przestać przypominać cokolwiek, co budzi pożądanie czy litość.

Neja obserwowała proces „twardnienia” swoich podopiecznych z satysfakcją. Widziała, jak twarze  stają się maskami, jak ich ruchy stają się oszczędne. Byli „wypełnieni kamiennym sensem”. Ale w nocy, gdy Neja zostawała sama, jej puste oczy wypełniały się dziwnym blaskiem. Czytała wiersz, który kiedyś stał się jej fundamentem, i dopełniał ją siłami do dalszego życia.

Zrozumiała straszliwą prawdę swojej idei bo ona nigdy nie będzie kamieniem. Będzie tylko kimś, kto udaje, że nim jest, by przetrwać. Była strażniczką i liderem emocjonalnego więzienia, w którym sama była pierwszą osadzoną. Każdy uratowany „emocjonalny pacjent” był cegłą w murze, który odgradzał ją od jej własnego bólu i rzeczywistości.

Pewnego ranka Klara ukończyła „ kurs milczenia”. Nie krzyczała. Jej wzrok był pusty, a dłonie spokojnie spoczywały wzdłuż ciała. Podeszła do Nei i ukłoniła się nisko.

– Już rozumiem – powiedziała w ciszy Klara.

Neja poczuła wtedy najsilniejszy wybuch emocji  w swoim życiu. Zwyciężyła. Stworzyła kolejną doskonałą, martwą istotę. Patrzyła na Klarę , czując, że ta pustka, którą zbudowała wokół siebie, jest ostateczna. Nie było już powrotu do bycia człowiekiem. Został tylko chłód. Słuszny, pełny godności i odstraszający wszystko wokół.


Autor: Julia Bezuszko